Sprzedawca obiecywał niskie rachunki. Teraz pompa ciepła generuje rachunki grozy

Pompa ciepła ma opinię rozwiązania przyszłości: ekologicznego, wygodnego i takiego, które potrafi wyraźnie obniżyć koszty ogrzewania. Nic dziwnego, że coraz więcej osób decyduje się na montaż — często po rozmowie z przedstawicielem firmy, który zapewnia, że „to się na pewno opłaci”. Kłopot zaczyna się w momencie, gdy po pierwszym sezonie grzewczym entuzjazm znika, a na koncie zostają rachunki za prąd wyższe, niż ktokolwiek przewidywał. Zanim więc złożysz podpis, warto poznać kilka kluczowych rzeczy, które potrafią przesądzić o sukcesie… albo zamienić inwestycję w bardzo drogi błąd.
- Pompa ciepła: jak uniknąć rachunków grozy
- Tania pompa ciepła? Uwaga na ukryte koszty
- Net-billing podnosi koszty pomp ciepła
Pompa ciepła: jak uniknąć rachunków grozy
Od lat w mediach i kampaniach proekologicznych coraz mocniej zachęca się, by odchodzić od ogrzewania węglem na rzecz rozwiązań uznawanych za bardziej przyjazne dla środowiska. Węgiel – mimo że nadal jest popularny w wielu domach jednorodzinnych – dokłada swoją cegiełkę do smogu i emisji szkodliwych pyłów. W zamian promuje się nowoczesne technologie, takie jak pompy ciepła czy fotowoltaika. Brzmi to kusząco, ale przed podjęciem decyzji warto na chwilę się zatrzymać i podejść do tematu z chłodną głową.
Firmy montujące pompy ciepła często prowadzą bardzo intensywną sprzedaż, a ich przedstawiciele nierzadko pojawiają się u klientów w domach. Padają obietnice niższych rachunków, szybkiej opłacalności inwestycji oraz wsparcia z programów dopłat. Problem w tym, że w rozmowach bywa pomijanych wiele kluczowych szczegółów: konieczność precyzyjnego dobrania urządzenia do konkretnego budynku, ocena stanu izolacji czy wcześniejsze przygotowanie instalacji grzewczej, żeby całość faktycznie działała efektywnie.
W internecie łatwo natknąć się na historie osób, które po montażu zderzyły się z twardymi liczbami – słynne „rachunki grozy” potrafią wynosić kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Zamiast zapowiadanych oszczędności pojawiają się ogromne koszty, a ich źródłem zwykle są powtarzające się błędy. Jednym z najczęstszych jest szybkie podpisanie umowy z wykonawcą, który nie zrobił porządnego audytu energetycznego i nie policzył realnego zapotrzebowania domu na ciepło.
W praktyce kończy się to tym, że pompa ciepła bywa niedopasowana do metrażu i parametrów budynku, a przy okazji nie bierze się pod uwagę słabej izolacji, starych okien czy przestarzałej instalacji centralnego ogrzewania. W takich warunkach urządzenie musi pracować na wysokich obrotach, często wspierając się energochłonnymi grzałkami elektrycznymi, co gwałtownie podbija zużycie prądu. To właśnie wtedy eksploatacja przestaje się spinać finansowo – wbrew temu, co wcześniej zapewniano podczas sprzedaży i montażu.
Tania pompa ciepła? Uwaga na ukryte koszty
Niektóre firmy zajmujące się montażem pomp ciepła przyciągają klientów obietnicą ekspresowej instalacji i „okazyjnej” ceny. Problem w tym, że czasem za taką propozycją stoi sprzęt słabej klasy albo urządzenie dobrane na skróty – bez realnego dopasowania do konkretnego domu. O takich szczegółach handlowcy rzadko mówią wprost; zamiast tego mocno eksponują różne formy dofinansowania do pompy ciepła. Perspektywa wyraźnie niższych kosztów zakupu i montażu potrafi przesądzić o decyzji, zwłaszcza gdy całość wygląda na finansowo „bezpieczną” i łatwą do udźwignięcia.
Po zakończeniu prac często wychodzi na jaw, że to dopiero start prawdziwych kosztów. W wielu sytuacjach pompa ciepła trafia do budynków, które nie są przygotowane na jej wydajną pracę – np. mają instalację wysokotemperaturową, brak sensownego ocieplenia albo stare, nieszczelne okna. Do tego zdarza się, że wybierane są urządzenia o zbyt małej mocy lub stosuje się grzałki elektryczne o nieodpowiednich parametrach. W efekcie grzałka musi działać niemal bez przerwy, żeby nadrobić braki, a to bardzo szybko odbija się na rachunkach za prąd.
Net-billing podnosi koszty pomp ciepła
Wyższe rachunki za użytkowanie pompy ciepła nie muszą wcale oznaczać błędnego montażu ani słabszej jakości urządzenia. Coraz częściej decydują o nich zmiany w przepisach, które zaczęły obowiązywać wiosną 2022 roku. Chodzi o nowe zasady rozliczania nadwyżek prądu oddawanego do sieci przez prosumentów, czyli właścicieli instalacji fotowoltaicznych. To ważne, bo fotowoltaika bardzo często pracuje w duecie z pompą ciepła i ma zapewniać jej zasilanie z możliwie taniego, „własnego” źródła.
Ci, którzy zdążyli zgłosić i podłączyć instalację do sieci przed wejściem nowych regulacji, mogą pozostać przy wcześniejszym, korzystniejszym systemie net-meteringu aż do 2037 roku. W praktyce nadwyżki energii rozlicza się tam w formie „wymiany” – prąd wyprodukowany latem można odebrać później, ponosząc minimalne koszty. Inaczej jest u nowych prosumentów, których obejmuje już net-billing. Sprzedają oni energię do sieci po aktualnej cenie rynkowej, ale gdy chcą ją potem wykorzystać, muszą ją odkupić – nierzadko drożej. A że ceny energii potrafią się mocno wahać i często rosną, łatwo o wyższe rachunki, zwłaszcza zimą, kiedy pompa ciepła pracuje najintensywniej.
