Kupiła kurs za 57 zł, a komornik zażądał 15 tys. Jak to możliwe?

Ostatnie lata były dla Marty pasmem pecha. Zawsze działała rozsądnie: kalkulowała każdy krok, nie szastała pieniędzmi i trzymała się z daleka od ryzykownych decyzji. A jednak straciła mieszkanie i znalazła się o włos od finansowej katastrofy. Gdy wreszcie odetchnęła z ulgą, przekonana, że najgorsze ma za sobą i wszystko zaczyna wracać do normy, los zadał jej kolejny cios. I to taki, że trudno w niego uwierzyć — cała historia brzmiała jak ponury żart.
- Żyrant „tylko formalnie”? Marta straciła spokój
- Straciła dom przez dług męża
- Komornik za kurs 57 zł? Historia Marty
Żyrant „tylko formalnie”? Marta straciła spokój
Marta dobrze wspomina kolegę swojego męża – serdecznego człowieka, który kilka razy wyciągnął do nich pomocną dłoń, gdy życie mocno ich przycisnęło. Gdy role się odwróciły i to on poprosił o wsparcie, mąż Marty bez wahania zgodził się zostać jego żyrantem przy kredycie. „Spokojnie, to tylko formalność” – przekonywał. Na pierwszy rzut oka wszystko się zgadzało: kolega miał stałą pracę, sprawiał wrażenie poukładanego. „Taki ogarnięty facet” – wraca do tego Marta.
Tyle że nie był aż tak ogarnięty, jak się wydawało. W czasie pandemii stracił zatrudnienie i przestał regulować raty. Wtedy bank nie czekał – zwrócił się do żyranta. Paweł i Marta mieli wspólne konto, na które wpływała jej wypłata. I właśnie tam zaczęły się pierwsze potrącenia oraz nerwy. Tak ruszyła lawina problemów: najpierw finansowych, a chwilę później także tych, które potrafią rozbić nawet zgodne małżeństwo.
Straciła dom przez dług męża
Następne miesiące okazały się prawdziwym koszmarem. Oboje próbowali rozmawiać z bankiem, kompletowali papiery dla komornika. Każda rozmowa kończyła się tak samo: „Przykro mi, ale prawo jest jedno. Mąż podpisał, więc odpowiedzialność spada na was oboje”. Marta była spięta od pierwszego dnia. „Właściwie od chwili, kiedy Paweł zgodził się złożyć podpis”. Nie przypuszczała jednak, że sprawy urosną do takiej skali. Że straci dom, który wyremontowała za pieniądze mamy, że skończy się rozwodem, bo z mężem zaczną przerzucać się winą.
Nieruchomość wyceniono na 450 tysięcy złotych. Pierwsza licytacja przeszła bez echa — nikt się nie zgłosił. Na drugiej chętni już byli.
„To było przeżycie jak pożegnanie kogoś naprawdę bliskiego” – mówi Marta.
Po odjęciu kosztów komorniczych, opłat i całego zadłużenia zostało mniej niż 15 tysięcy złotych. Paweł zaproponował, żeby podzielić tę kwotę po równo.
Takie historie zdarzają się częściej, niż wielu osobom się wydaje. Kobieta z Wrocławia straciła wszystko. Oto jej opowieść.

Komornik za kurs 57 zł? Historia Marty
Marta przeprowadziła się z dziećmi do wynajmowanego mieszkania, kilkanaście minut jazdy SKM od rodzinnej Gdyni. Za dnia pracowała w biurze, a po godzinach sprzątała w kancelarii prawnej. Coraz mocniej czuła, że musi w końcu coś zmienić.
Zimą 2024 roku, samotnie wychowując dwójkę dzieci, postanowiła zainwestować w siebie. Kurs biznesowy firmowany przez popularnego YouTubera brzmiał jak dobra okazja. 57 złotych nie wydawało się żadnym wielkim wydatkiem. „Jakie to mogło nieść ryzyko? W głowie układałam prosty plan: skończę kurs, znajdę lepszą pracę, może poprawię zdolność kredytową i kupię własne mieszkanie — choćby małe, ale swoje. Bardzo chciałam mieć coś na własność, bo przecież kiedyś już to miałam i straciłam nie ze swojej winy, nie przez lekkomyślność” — mówi z goryczą.
Kilka miesięcy później przyszło pismo od komornika. Wezwanie do zapłaty. Suma zwaliła ją z nóg: ponad 15 tysięcy złotych. W dokumencie pojawiła się też groźba zajęcia kont bankowych w ciągu 7 dni.
Na początku — prawdopodobnie przez stres — Marta nie wczytała się w szczegóły i była pewna, że chodzi o jakąś dawną sprawę. Ten rozdział był jednak już zamknięty. Gdy zaczęła analizować pismo dokładniej, napięcie tylko rosło. Szybko wyszło na jaw, że została wpisana jako „trzeciodłużniczka”. To słowo nic jej wcześniej nie mówiło. Okazało się, że autor kursu miał długi, a komornik próbował odzyskać pieniądze od wszystkich jego klientów. W Polsce zdarzały się już podobne sytuacje, ale dla Marty było to jednocześnie dramatyczne i kompletnie absurdalne. Nie miała kogo poprosić o realną pomoc. Najpierw musiała po prostu zrozumieć, co tak naprawdę się dzieje.
„Egzekwujemy długi pana XYZ, a pani figuruje na liście jego partnerów biznesowych” — usłyszała w rozmowie telefonicznej. Partnerów biznesowych? Ona chciała tylko kupić kurs za 57 złotych, a nie zostać czyjąś wspólniczką. Dowiedziała się też, że podobne wezwania trafiły do tysięcy osób.
Dopiero dzięki wsparciu prawnika z Gdyni, który udzielał darmowych porad, Marta znalazła wyjście z sytuacji — wystarczyło złożyć krótkie, proste oświadczenie. Prawnik uprzedził ją też, że sprawa jest nietypowa (i z czasem zaczęła pojawiać się w mediach). Tego stresu nie zapomni długo. Dziś wierzy, że jeszcze uda jej się stanąć na nogi — nie dlatego, że czeka na cud, tylko dlatego, że pracuje ponad siły, trzyma się z dala od długów i nauczyła się wyjątkowej ostrożności.