Dlaczego zdecydowałam się wylecieć na Bali?

Swoją podróż planowałam przez naprawdę długi czas. Spędziłam wiele miesięcy dokładnie ustalając każdy jeden szczegół mojej samotnej wyprawy. Bilety kupiłam kilka miesięcy przed tym, zanim na świecie rozpoczęła się epidemia COVID-19. Chciałam za wszelką cenę zmienić coś w swoim życiu i udowodnić sobie, że dam radę nawet w najtrudniejszej sytuacji. Potrzebowałam wylecieć. Zaplanowałam każdy dzień pobytu na Bali, podczas którego miałam pracować i cieszyć się otaczającą mnie energią wyspy.

Kiedy pakowałam plecak media jednogłośnie wskazywały na to, że Indonezja jest bezpieczna. W Polsce też jeszcze wtedy nic się nie działo. Mój lot odbył się azjatycką linią lotniczą FlyScoot – z Berlina do Singapuru, a później z Singapuru prosto do stolicy Bali, Denpasar.

Jak wyglądała wyspa Bali po wylądowaniu?

Generalnie z początku nikt nie zdawał się przejmować sytuacją, która powoli zaczynała wymykać się spod kontroli. Nie oszukujmy się jednak, Balijczycy mają dość swobodne podejście do wielu tematów. Na lotnisku owszem, wypełnialiśmy specjalne karty zdrowotne i mierzono nam temperaturę, zanim dotarliśmy do kontroli paszportowej i zostaliśmy wpuszczeni na terytorium wyspy. Jednak, to była jedyna procedura, związana z rozwijającą się pandemią koronawirusa.

Tak wygląda Bali z samolotu

Po wyjściu z lotniska naprawdę nie dało się odczuć, że cokolwiek dzieje się na Bali źle. Maseczki ochronne nosili wyłącznie turyści, a miejscowi tylko uśmiechali się na jakiekolwiek wspomnienie o COVID-19. Kiedy przyleciałam na wyspę, nie było wówczas ani jednego potwierdzonego przypadku zakażenia się wirusem. Choć wiadomo, służba zdrowia w Indonezji nie jest na zbyt wyszukanym poziomie, więc można było spodziewać się, że dane były zwyczajnie nieprawdziwe.

Kiedy okazało się, że Bali jest zagrożone?

Tak naprawdę, sytuacja zaczęła pogarszać się z dnia na dzień. Niedługo po moim przylocie okazało się, że na Bali zmarła pierwsza osoba, u której zdiagnozowano koronawirusa – kobieta, turystka z Wielkiej Brytanii. Każdego kolejnego dnia można było odczuć coraz większe, stopniowo budujące się napięcie. Ludzie zaczęli zakładać maseczki, a najbardziej popularne atrakcje zamykały się jedna po drugiej. W zaledwie kilka dni z dwóch zachorowań w Dżakarcie zrobiło się kilkadziesiąt, a później kilkaset. Sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli mniej więcej w połowie marca. Wówczas Ministerstwo Spraw Zagranicznych w Polsce zaczęło przekonywać ludzi, by zaczęli rejestrować swoje podróże w systemie Odyseusz.

Czy była jakakolwiek inna możliwość ucieczki z Bali?

Po zarejestrowaniu się w systemie Odyseusz zaczęły spływać maile o tym, jak naprawdę wygląda sytuacja w Indonezji. Okazało się, że robi się nieciekawie i MSZ zaleca, by zacząć ewakuować się z powrotem do kraju. Zakażonych przybywało (głównie w okolicy Dżakarty), jednak kwestią czasu było, kiedy COVID-19 rozprzestrzeni się również na Bali – przecież chyba najbardziej popularnej wyspie indonezyjskiej wśród turystów z całego świata.

Praktycznie z godziny na godzinę pojawiały się nowe informacje. Z wyjazdu, który miał zmienić całe moje życie, zrobiła się bardzo stresująca „przygoda”. Z tyłu głowy ciągle miałam myśl: „Coś Ty narobiła! Teraz utkniesz na Bali i zostaniesz sama ze sobą.”. Jeszcze bardziej stresować zaczęłam się, kiedy odwołano mój lot powrotny na trasie Singapur-Berlin. Kolejne państwa zaczynały wprowadzać rygorystyczne obostrzenia, a mnie kończyły się już pomysły na powrót. Chciałam uciec do Malezji, ale ta z dnia na dzień zamknęła granice. Podobnie było z większością krajów wokół, więc możliwości robiło się coraz mniej. Do Singapuru też nie można było wlecieć, bo państwo wprowadziło obowiązkową 14-sto dniową kwarantannę dla osób, które wcześniej przebywały w zagrożonych regionach. Czułam się, jak w pułapce bez wyjścia. Problemem był też fakt, że wizę miałam ważną do 8 kwietnia, a Immigration Office z początku nie chciało przedłużać wiz.

#LotDoDomu – jak akcja wyglądała na początku?

Kiedy sytuacja zaczęła robić się już beznadziejna, zaczęliśmy łączyć swoje siły z innymi rodakami na Bali, na grupie na Faceboooku „Polacy na Bali”. Zbieraliśmy podpisy i liczyliśmy, ile z nas utknęło w Indonezji. Okazało się, że Polaków w tym samym czasie było w Indonezji ponad pół tysiąca (z czego 80 % przebywało na Bali). Wówczas otrzymaliśmy wiadomość, że polska linia lotnicza LOT zorganizuje specjalne loty czarterowe w różne rejony świata, by umożliwić Polakom powrót do kraju. Oczywiście, wszyscy wypełniliśmy formularz i czekaliśmy na to, co będzie dalej. Wstępnie poinformowano nas, że lot nie będzie pewny – bo to zależeć będzie od ilości osób, która zgłosi potrzebę powrotu. Powiedziano nam jednak wstępnie, żebyśmy się raczej nie nastawiali i szukali innych możliwości. Tylko jakich, skoro większość granic zdążyła się zamknąć w przeciągu kilku dni? Sytuacja wydawała się beznadziejna.

Nie licząc koronawirusa Bali to wymarzone miejsce na wakacje

W międzyczasie, zaczęłam po kolei odwoływać wszystkie swoje noclegi w różnych częściach Bali i na okolicznych wysepkach. Stwierdziłam, że nie będę się ruszać nigdzie poza okręgiem jednego miasta, robiąc sobie przymusową kwarantannę. W ten sam dzień dowiedziałam się, że okoliczne wyspy sąsiadujące z Bali zaczęły się zamykać. Na Bali najpierw zamknęły się szkoły w Denpasar, później kolejne restauracje, wodospady, świątynie, rezerwaty i atrakcje turystyczne. Pozamykano nawet plaże.

Dostaliśmy też maila od LOT-u, że czarter na Bali nie będzie możliwy z kilku względów. Zalecano nam czekać i wypatrywać informacji, bo „być może pod koniec tygodnia lot będzie możliwy, jednak dla chcących wrócić szybciej zalecamy szukać alternatywnych połączeń”. Jednocześnie dostaliśmy informację, że większość państw się zamknęła lub właśnie zamyka. Sytuacja wydawała się już beznadziejna, więc wywalczono nawet darmowe przedłużenie wiz dla obywateli UE, gdyby nie można było się z Bali wydostać.

Kiedy pojawił się lot specjalny z Polski na Bali?

19 marca otrzymałam maila, że jednak pojawi się czarter z Polski. Pierwszy specjalny #LotDoDomu polską linią lotniczą LOT zaplanowano na 24 marca, na godzinę 6:40. Zdecydowałam, że nie ma co czekać i myśleć. Po pierwsze nie wiadomo było, czy to nie będzie pierwszy i ostatni rejs specjalny (okazało się jednak, że 26 marca podstawiono kolejny czarter LOT-u, ostatni z Bali). Po drugie, nie do końca wiedziałam, jak rozwinie się sytuacja na wyspie. Wszystko wskazywało na to, że może być gorzej. Perspektywa pobytu w szpitalu  w Indonezji sprawiła, że szybko zarezerwowałam bilet (w cenie nieco ponad 2300 zł) i postanowiłam, że wrócę. Po trzecie, w ten sam dzień (19 marca) na Bali było spore trzęsienie ziemi, o magnitudzie 6.3. Uznałam, że to musi być jakiś znak. Wskazówka, że trzeba wracać.

Polacy wracają z Bali

Akcja  #LotDoDomu – jak ostatecznie przebiegła?

Na lotnisku byłam ok. 4 godziny wcześniej, by w razie czego zdążyć ze wszystkimi formalnościami. Tym razem lotnisko wyglądało już zupełnie inaczej, jak po moim przylocie na Bali. 80 % ludzi miała na sobie maseczki. Odprawa trwała dość długo, ponieważ każda jedna osoba miała sprawdzaną temperaturę i dokładnie wertowane dokumenty osobiste. Całe szczęście, samolot wyleciał o godzinie 7:00 nad ranem, więc nie było dużego opóźnienia.

W samolocie zostaliśmy poinformowani o tym, by podczas lotu najlepiej cały czas mieć na sobie maseczki ochronne. Otrzymaliśmy też karty, które należało wypełnić – dotyczyły one 14-sto dniowej kwarantanny, którą każdy z nas w dalszym ciągu odbywa. Zmierzono nam też temperaturę, którą należało wpisać do karty.

Z Denpasar polecieliśmy bezpośrednio do Warszawy, w nieco ponad 14 godzin. Po wylądowaniu na Lotnisku Chopina w Warszawie czekaliśmy w samolocie jeszcze ok. półtora godziny na płycie lotniska, w samolocie. Na pokład weszło bowiem Wojsko Obrony Terytorialnej i jeszcze raz sprawdzało każdemu temperaturę oraz dane wypisane w kartach. Kiedy wreszcie udało się wyjść z samolotu, w odpowiednich odstępach poszliśmy do kontroli paszportowej i tam jeszcze raz podaliśmy swoje dane do odbycia obowiązkowej kwarantanny domowej. Później każdy musiał już wrócić na własną rękę do różnych miast Polski, mając 24 godziny na rozpoczęcie kwarantanny (pod kontrolą policji). Na mnie czekało już podstawione auto osobowe, więc dotarłam do domu nieco ponad 4 godziny później.

Gdyby nie akcja  #LotDoDomu, pewnie wielu z nas nie wróciłoby do kraju. Niektórzy celowo zostali na Bali – jednak, czy to była faktycznie rozsądna decyzja? Biorąc pod uwagę fakt, że wirus na wyspie dopiero zaczyna się rozwijać, a indonezyjska służba zdrowia już załamuje ręce. Chciałam przeżyć przygodę życia, a poniekąd zmieniła się w ona w koszmar. Wróciłam jednak silniejsza i, co najważniejsze, zdrowa. Głęboko wierzę w to, że pewnego dnia ta fatalna sytuacja skończy się na świecie i będzie tak, jak dawniej. Wtedy znowu podejmę wyzwanie i spróbuję raz jeszcze stawić czoła samej sobie. Czas pokaże.

Autorka i bohaterka reportażu - Paulina Zambrzycka

Na Bali już nie jest normalnie - koronawirus zmienił wszystko
Czy ten artykuł był dla Ciebie pomocny?
Oceń
Dla 94,1% czytelników artykuł okazał się być pomocny