Poród w czasie COVID - wiele znaków zapytania

Urodziłam 3 tygodnie przed terminem. Byłam zaskoczona, że tak szybko. Spodziewałam się, że nie dotrwam do terminu porodu, jak w przypadku pierwszego dziecka. Ale termin porodu całkowicie zaskoczył mnie i męża. Teraz jednak jestem szczęśliwa, że córka nie wybrała sobie październikowej daty.

Zanim jednak nadszedł ten dzień, jak każda przyszła mama przygotowywałam się do porodu. Tym razem było inaczej. Oprócz kompletowania wyprawki i przygotowywania łóżeczka na przyjęcie maluszka w domu, stresowałam się, czy mój mąż będzie mógł być ze mną przy porodzie. Krążące informacje z teoretycznie sprawdzonych źródeł, były dla mnie prawdziwą zmorą.

Dobiegały do mnie słuchy, że męża i owszem wpuszczą na salę porodową, ale dopiero jak już akcja porodowa rozkręci się na dobre. Wcześniej ma czekać przed izbą przyjęć. Nie mieściło mi się to w głowie. Postanowiłam to zweryfikować obdzwaniając kolejne szpitale. Dodzwoniłam się tylko do jednego. Pani zanegowała krążącą plotkę. Wtedy też podjęłam decyzję, będę rodzić właśnie tam. Bałam się ryzykować pojechania na inną porodówkę, na której zwyczaje jednak mogły być takie, jakie słyszałam od rodziny i znajomych.

Falstart

Okazuje się, że trafiam do szpitala jeszcze wcześniej. Jeszcze nie świadoma, że jednak po 2 dniach wrócę do domu bez córeczki, mam okazję przetestować, jak wygląda przyjmowanie na oddział w czasach COVID-u. Mąż faktycznie zostaje na korytarzu, podczas gdy ja idę na badanie. Nie dziwi mnie to, wcześniej gdy nie było mowy o żadnej pandemii, też tak było. Zapada decyzja, że zostaję zatrzymana na obserwację na oddział patologii ciąży. W czasie przyjęcia na oddział, jak zwykle do wypełnienia jest cała masa papierów, w tym również moje oświadczenie o braku objawów koronawirusa.

Po przebrnięciu przez wszystkie formalności, pani położna informuje mnie, że mogę pożegnać się z mężem i pójść po walizki. Mam dzwonić po niego, jak akcja porodowa się zacznie. W tym momencie chce mi się płakać. Chcę, by mój mąż był ze mną. Chcę się czuć bezpiecznie. W stresie żegnamy się całując przez maseczki. Szybko oddaję mu buty i kurtkę, a on przekazuje mi walizki. Znikam po stronie gabinetu i razem z położnymi człapię się na oddział. Jeszcze przez parę godzin skurcze pojawiają się i zanikają. Ostatecznie w nocy wszystko się wycisza.

Następnego dnia mam nadzieję, na wypis ze szpitala. Skoro nie rodzę, to po co mam tutaj leżeć. Tym bardziej że w domu czeka na mnie mąż i 2-letnie dziecko. Szybki obchód i zdawkowa informacja, mam zostać jeszcze jeden dzień. Po tej informacji nie chce mi się płakać - ja ryczę dusząc w środku łzy. Nie wiedziałam, że tak bardzo będę tęsknić. Przeraziła mnie wizja leżenia w szpitalu bez możliwości odwiedzin.

Skuteczne preparaty na grypę - atrakcyjne ceny!

Przez godzinę układam sobie wszystko w głowie walcząc ze swoimi emocjami. Zastanawiam się nad wyjściem ze szpitala na własne żądanie. Z mężem mam małe spięcie, on mnie nie rozumie, ja nie rozumiem jego. Ostatecznie podejmujemy decyzję o pozostaniu. Nie chcę znowu przechodzić w najbliższym czasie całego procesu przyjmowania do szpitala. A nikt mi nie powie, czy wieczorem tutaj znowu nie wrócę.

Po kilku godzinach mam robiony wymaz na COVID. Uznaję, że jest to absurd. Po drodze miałam kontakt już z kilkoma położnymi, lekarzem i przynajmniej jedną pacjentką, z którą jestem na sali. Mogłabym zarazić tyle osób, gdyby okazało się, że przechodzę chorobę bezobjawowo. Nie rozumiem tego, ale może dla szpitala te testy to czysta formalność? Nie mnie oceniać. Nikt nie informuje mnie o wyniku. Domyślam się, że jest negatywny, skoro nikt mnie nie ściga po wyjściu ze szpitala.

Korzyści wynikające z sytuacji

Tydzień później wszystko się powtarza. Gdy znowu żegnam się z mężem na izbie przyjęć, jestem już spokojniejsza. Chyba trening czyni mistrza. Tym razem jednak poród naprawdę się zaczął. Do szczęścia brakuje tylko skurczy, o które ma zadbać następnego dnia sztuczna oksytocyna. Trafiam na świetną położną, która mówi mi bym spokojnie zadzwoniła po męża, by przyjechał. Po niespełna godzinie jest już przy mnie. Po ok. 2 godzinach witamy maleństwo na świecie. Mąż zostaje jeszcze z nami przez 2 godziny na sali porodowej. Cieszymy się pierwszymi chwilami naszego dziecka.

Później znowu następuje rozłąka. Mąż przyjeżdża po nas dopiero po 2 dniach, czekając na korytarzu. Nie powiem, że brak jakichkolwiek odwiedzin na położniczym jest mi na rękę. To dla mnie trudny czas, gdy intensywnie ciało odreagowuje poród. Nie muszę się martwić, że ktoś obcy zobaczy mnie w dość wstydliwej sytuacji. Tak, na położniczym nie nosi się bielizny i niemal co chwilę wyciąga się pierś do karmienia. W pewnym momencie jest już nam wszystko jedno, jak wyglądamy i czy koleżanka z sali widzi naszą goliznę czy nie.

Teraz, w czasie pandemii jest dużo więcej spokoju i mniej kombinowania, jak na przykład wykaraskać się z łóżka, podczas gdy w twojej sali jest cała rodzina od drugiej koleżanki. Tak było po pierwszym porodzie. Brak intymności, ciągle zaglądanie do sali i szukanie przez odwiedzających swoich bliskich. Tutaj za tę rozłąkę i możliwość spokojnego dojścia do siebie  COVID-owi dziękuję. Jednak wiem, że gdybym rodziła po raz pierwszy, przy opiece nad noworodkiem czułabym się zagubiona i brak męża przy mnie w tych chwilach byłby dla mnie trudny do zniesienia.

Czy ten artykuł był dla Ciebie pomocny?
Oceń
Dla 93,3% czytelników artykuł okazał się być pomocny