„Mieliśmy wypadek na skuterze”

Paulina i Wojtek z kanału na YouTube „Byle Do Wylotu” od wielu miesięcy podróżują po Azji Południowo-Wschodniej. Na skuterze poruszali się m.in. po Tajlandii, Malezji czy wyspie Bali. Kambodża była kolejnym punktem ich wymarzonej przygody. Tym sposobem trafili do miejscowości Siem Reap. Pierwszego dnia pobytu nic nie wróżyło niepowodzenia. Podróżnicy jak zwykle wypożyczyli skuter. Następnego dnia pojechali sprawdzić, jak wygląda aktualny cennik Angkor Wat – największego zabytku religijnego na świecie i zarazem największej dumy Khmerów. W drodze powrotnej do mieszkania, które wynajęli na czas pobytu w Siem Reap, doszło do niefortunnego incydentu.

- Mieliśmy wypadek na skuterze. – mówi Paulina. – Zatrzymaliśmy się na skrzyżowaniu, żeby skręcić w lewo. W momencie, gdy my wykonywaliśmy manewr, uderzył w nas rozpędzony skuter. Skrzyżowanie było niedaleko za górką. Nie mieliśmy szans uniknąć zderzenia.

- Ktoś postanowił wyprzedzać nas na skrzyżowaniu. Lewą stroną. Oczywiście do dziś nie wiemy, kto był sprawcą, bo nawet się nie zatrzymał. Uciekł, a my przewróciliśmy się na jezdnię. Skuter na nas. – dodaje Wojtek.

- Gdyby nie pomocni Khmerowie, prawdopodobnie nadal leżelibyśmy na ulicy. Nie wiadomo skąd zbiegła się duża grupa ludzi, która pomogła nam wstać, pozbierać nasze rzeczy i podnieść skuter. Właśnie wtedy po raz pierwszy przekonaliśmy się, ile dobra jest w tych ludziach. – mówi Paulina.

Podróżnicy zostali opatrzeni i o własnych siłach wrócili do mieszkania. Na szczęście obrażenia nie były na tyle poważne, aby zostawać w szpitalu.

- Mimo że na mojej nodze najprawdopodobniej zostanie kilkunastocentymetrowa „pamiątka”, nie ma się co załamywać. To cud, że nie stało się nam nic poważniejszego. – kwituje Paulina.

Para postanowiła przedłużyć pobyt w Siem Reap. Początkowo podróżnicy mieli przebywać w miejscowości przez tydzień. Chcieli zwiedzić Angkor Wat, poznać miasto i wyruszyć nocnym autobusem na południe Kambodży. Rany goiły się jednak powoli i boleśnie, więc zdecydowali się wydłużyć pobyt do momentu, aż zaczną swobodnie chodzić.

„Zahaczył nas tajfun Nora”

To nie koniec kambodżańskich klęsk. Paulina i Wojtek odpoczywali w mieszkaniu. Jednak i tam nie zaznali spokoju. Okazało się, że nie tylko na ulicy, ale w domu też bywa niebezpiecznie. Już następnego wieczora po wypadku zauważyli, że okna w wynajmowanym apartamencie nie są szczelne. W Kambodży szalała końcówka pory deszczowej. Ściana deszczu niefortunnie zacinała w stronę mieszkania w taki sposób, że woda zaczęła wdzierać się do środka między nieszczelnymi oknami.

- Pracowaliśmy. W pewnym momencie wstałam, żeby nalać sobie wody. Zauważyłam, że pod zlewem jest wielka kałuża. Dopiero wtedy zorientowaliśmy się, jak bardzo nieszczelne są okna. – mówi Paulina.

- Mało tego. Na suficie zauważyliśmy kilka plam. Okazało się, że i tam nie jest zbyt szczelnie. W jednym miejscu kapała woda, na szczęście nie jakoś mocno. Podstawiliśmy miskę, bo było już późno i nie chcieliśmy dzwonić do właścicielki. Wytarliśmy mieszkanie i sprawdziliśmy każdy kąt. Poszliśmy spać, jednak wciąż wdzierał się jakiś niepokój. – dodaje Wojtek.

Rano Paulina chwyciła za telefon. Ilość deszczu i nieustający w nocy wiatr wydały jej się co najmniej podejrzane. Paulinie udało się wyczytać, że kilka dni wcześniej w Filipiny uderzył tajfun Nora. Tysiące ludzi musiało ewakuować się ze swoich domów. Następnie skierował się w stronę prowincji Quang Nam w Wietnamie. Ewakuowano wówczas ponad 200 tys. mieszkańców. Tajfun Nora powędrował do Laosu, muskając Kambodżę i Tajlandię.

- Okazało się, że ten tajfun zabił w Kambodży co najmniej 16 osób. Tysiące domów i dróg uszkodził deszcz i silny wiatr. – mówi Paulina. – W Kambodży podniósł się poziom rzeki Mekong, a na granicy z Tajlandią ucierpiało wiele domostw. Kiedy przez nasze okna zaczęła wdzierać się woda, nie wiedzieliśmy, z czym mamy do czynienia. Następnego dnia byliśmy w szoku. Zahaczył nas tajfun Nora. Sprawdź także ten artykuł na temat podróży kamperem po USA.

„Przerwa w dostawie prądu? To jeszcze nic!”

Kolejny dzień. Paulina i Wojtek myśleli, że najgorsze mają już za sobą. Co złego mogło ich spotkać w mieszkaniu? Odpoczynek, praca. Wieczorem, gdy siedzieli przed komputerami, nagle zgasło światło.

- Nerwowo zaczęliśmy się śmiać. Powoli przestawało nas zaskakiwać, że znów coś się dzieje. – mówi Wojtek. – Przez kilkadziesiąt minut chodziliśmy w ciemności. Kiedy zaczęliśmy tracić nadzieję na to, że wróci prąd, nagle światło się zapaliło.

- Przerwa w dostawie prądu? To jeszcze nic! – dodaje Paulina. – Za chwilę wyłączono nam wodę. Po chwili otrzymałam na telefon informację od właścicielki mieszkania, że zanik prądu spowodowany był uszkodzeniem pompy zaopatrującej budynek w wodę. Fachowcy mieli pojawić się dopiero jutro, a nam przyniesiono do góry dwa duże wiadra wody, żeby jakoś przetrwać do rana.

Paulina i Wojtek uznali, że od jutra musi być lepiej. Prąd wrócił, a jutro wróci woda. Przecież to Kambodża, w której może wydarzyć się wszystko. Jeszcze nie wiedzieli, że najgorsze przed nimi.

„Gdybyśmy nie wstali, sufit spadłby nam na głowę…”

Następnego dnia po godzinie 8:00 nad ranem Paulina obudziła się zaskoczona. Najpierw myślała, że ma dziwny sen. Po chwili wydał się tak realistyczny, że błyskawicznie się wyprostowała. Ku ogromnemu zdziwieniu jej twarz zalewał… strumień lodowatej wody.

- Najpierw myślałam, że to mi się śni. Jednak szybko zdałam sobie sprawę, że chyba wrócił tajfun. Zaczęłam krzyczeć do Wojtka, że w domu jest woda. Zerwaliśmy się na tyle, jak bardzo pozwalały nam rany po wypadku. Mieliśmy zasłonięte kotary w oknach, więc byliśmy pewni, że Nora wróciła. – mówi Paulina.

- Wybiegliśmy z pokoju. Okazało się, że woda kilkoma strumieniami leje się z sufitu nie tylko w sypialni, ale też w łazience. Zalewało nam cały apartament, a my brodziliśmy w wodzie po kostki, wynosząc cenne przedmioty z zalanych pomieszczeń do kuchni. – dodaje Wojtek. – Było to jedyne pomieszczenie, gdzie sufit był suchy. Całe szczęście, wieczorem zostawiliśmy w kuchni komputery, na których pracujemy.

Paulina i Wojtek nie mieli pojęcia, co się stało. Skontaktowali się z właścicielką mieszkania, która niedługo potem pojawiła się na miejscu. Okazało się, że fachowcy popełnili jakiś błąd przy naprawie baniaka z wodą. Służy on do rozprowadzania wody po wszystkich częściach posesji. Najprawdopodobniej nie zauważyli usterki, a baniak o pojemności ok. 5000 litrów dosłownie wystrzelił. Niefortunnie stał na dachu – tuż nad sypialnią, gdzie jeszcze nie dawno spokojnie spali podróżnicy z Głogowa.

- Właścicielka mieszkania zaproponowała nam przeprowadzkę na dół, do ogromnego mieszkania ok. 100 m2. Nie mieliśmy wyjścia. Przez moją nogę i trudno gojącą się ranę nie mogliśmy wędrować w poszukiwaniu nowej kwatery. Zgodziliśmy się. Musieliśmy poczekać, aż będę mogła w miarę normalnie chodzić, nie nadrywając rany. Bo przecież nigdy by się nie zagoiła. – mówi Paulina.

Podróżnicy rozpakowali się w mieszkaniu pod spodem. Na górze Khmerowie walczyli z powodzią. Gdy już ostatnie kaskady wodospadów przestały lecieć, udało się wysprzątać apartament i pozbyć wody. Niestety, mieszkanie nadawało się do gruntownego remontu. Tymczasem Paulina i Wojtek urządzali się w nowym miejscu. Pół godziny po przeprowadzce na dół usłyszeli okropny huk. Byli pewni, że to brat właścicielki apartamentu pracuje w warsztacie. Każdego dnia głośno majsterkował, więc uznali, że to na pewno on.

- Wypakowywaliśmy rzeczy, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą się stało. Po chwili Wojtek zauważył, że nie wzięliśmy kabla od ładowarki do telefonu. Musieliśmy go znaleźć, bo jeden przypadkowo zostawiliśmy w Tajlandii. To był ostatni. – mówi Paulina.

- Postanowiłem wrócić do mieszkania na górze, mając nadzieję, że znajdę ten kabel. Rzeczywiście, leżał na stole z przyrządami kuchennymi. – dodaje Wojtek. – Pomyślałem, że lepiej jeszcze sprawdzę, czy na pewno nic nie zostawiliśmy. Pakowaliśmy się w biegu, uciekając przed wodą spadającą nam na głowy. Mogliśmy czegoś zapomnieć. Wszedłem do sypialni i… dosłownie mnie zatkało.

- Wojtek wrócił na dół, milcząc. Wziął tylko kamerę z komody, żeby coś nagrać. Nie powiedział, o co chodzi. Gdy wrócił, pokazał mi nagranie. Okazało się, że w naszej poprzedniej sypialni… zawalił się sufit. Ten huk, który usłyszeliśmy, to nie był szwagier. To sufit się zarwał. – mówi Paulina. –Byliśmy w szoku! Gdybyśmy nie wstali, sufit spadłby nam na głowę.

„Klątwa Buddy” – czy historia ma drugie dno?

Paulina i Wojtek zaczęli łączyć ze sobą fakty. Ciężko im było uwierzyć, że lawina pecha w Kambodży była przypadkowa.

- W czerwcu przylecieliśmy do Tajlandii. W miejscowości Ao Nang znalazłam na plaży kamienną figurkę Buddy. Zabrałam ją, mając nadzieję, że przyniesie nam szczęście. – mówi Paulina. – W trakcie podróży zawsze wyciągałam posążek i kładłam go w widocznym miejscu, żeby mieć na niego oko. Wszystko było w porządku. Zwiedziliśmy Bali i Malezję. Wróciliśmy do Tajlandii. Jednak w Kambodży od początku coś było nie tak. W pierwszy dzień po przylocie, gdy zaczęliśmy się rozpakowywać, jak zwykle wyjęłam Buddę. Zauważyłam, że po lewej stronie posążku, tuż pod kolanem Buddy, ułupał się fragment jego nogi. Następnego dnia mieliśmy wypadek na skuterze, w wyniku którego zdarłam płat skóry na nodze. Dokładnie w tym samym miejscu, gdzie pękła noga figurki.

- Później było gorzej. Tajfun, brak prądu i wody. Zalanie mieszkania. Tak jakby posążek mścił się za to uszkodzenie w transporcie. – dodaje Wojtek. – Gdy się pakowaliśmy, Paulina w złości zamknęła figurkę Buddy w szafie, w naszej sypialni. Powiedziała, że więcej go nie zabiera. Szafa stała naprzeciwko naszych łóżek.

- Pół godziny po tym, jak zamknęłam posążek w szafie, tuż nad nią zawalił się sufit. Przypadek? – zastanawia się Paulina.

Podróżnicy postanowili wyrzucić figurkę. Cisnęli nią w tereny zalewowe niedaleko posesji, za blaszanym płotem. Nikt tam nie chodzi. To duży, ogrodzony teren, w którym zawsze stoi mnóstwo wody. Od tamtego momentu pech przestał ich prześladować.

- Dziś mija kilka tygodni od tych wydarzeń. Jesteśmy znów w Tajlandii, nie wydarzyło się nic złego. – mówi Wojtek. – Wciąż jednak krąży nam po głowie mnóstwo pytań, na które nie znamy odpowiedzi. Czy to figurka Buddy przyniosła nam pecha? A może po prostu zjawiliśmy się tam w złym czasie?

- Pewnie nigdy się nie dowiemy. – dodaje Paulina.

Historia wydaje się wyssana z palca. Podróżnicy dobrze wiedzieli, że w opowieść ciężko będzie komukolwiek uwierzyć. Dlatego postanowili sfilmować wszystko, co przydarzyło im się w Kambodży. Z pewnością nie zapomną tej historii do końca życia.

Czy ten artykuł był dla Ciebie pomocny?
Oceń
Dla 0.0% czytelników artykuł okazał się być pomocny