Wakacje w dobie koronawirusa

Dlaczego postawiłam na Czarnogórę?

Powodów było kilka. Po pierwsze, w wyszukiwarce lotów pojawiło się połączenie bezpośrednie między Warszawą, a czarnogórską miejscowością Tivat – położoną w sercu Zatoki Kotorskiej. Stwierdziłam, że będzie to idealne miejsce na wakacje. Taka odrobina świeżości na mojej mapie podróży. Miejsce, o którym wcześniej nie słyszałam zbyt wiele. Poza tym, kupując bilety do Czarnogóry miałam z tyłu głowy przeświadczenie, że kraj jest wolny od koronawirusa.

Oficjalnie, Instytut Zdrowia Publicznego dnia 24 maja 2020 roku ogłosił, że Czarnogóra jest wolna od COVID-19. Państwo walczyło z wirusem 68 dni, do momentu wyzdrowienia ostatniego zakażonego pacjenta. Tym sposobem, Czarnogóra stała się pierwszym krajem w Europie, który pokonał koronawirusa. Myśl, że polecę do kraju bezpiecznego od zarazy, dodawała mi otuchy. Przecież nie rezerwowałam biletów do Włoch czy Hiszpanii, które dalej zmagały się z epidemią. Kupiłam bilety do kraju, który ogłosił się wolnym od koronawirusa.

Dnia 24 maja 2020, zakończono w Czarnogórze analizę aż 140 próbek. Nie było w żadnej z nich nowego przypadku zakażenia COVID-19. W oświadczeniu można było przeczytać, że wyzdrowiała ostatnia zarażona osoba. Od tamtego momentu nie było już żadnych nowych przypadków zarażenia się koronawirusem. Wykorzystując ten fakt, postanowiłam polecieć do Tivat. Nie spodziewałam się jednak, że moja planowana na pół miesiąca podróż, skończy się po zaledwie kilku dniach.

Dlaczego w Czarnogórze tak szybko poradzono sobie z wirusem?

Status kraju wolnego od koronawirusa sprawił, że bez wahania zarezerwowałam bilety. Czarnogóra był to ostatni kraj w Europie, w którym zdiagnozowano COVID-19 (dokładnie dnia 17 marca 2020 roku). Zanim wykryto u nich pierwszy przypadek, rząd wprowadził bardzo restrykcyjne przepisy.

Zamknięto szkoły, bary, komunikację publiczną i wiele instytucji, zanim zdiagnozowano pierwszy przypadek. Nie można było się przemieszczać, dzielnice zostały od siebie odcięte i władze robiły wszystko, by zapobiec tragedii. Dlatego udało im się zwyciężyć i ogłosić wolność od koronawirusa, jako pierwszemu krajowi. Przez myśl mi nawet nie przeszło, że coś w tej kwestii może się zmienić.

Piękny początek i szybki koniec podróży

Tivat było dla mnie miastem egzotycznym. Nie znałam niemal nikogo, kto był w tej miejscowości. W dodatku, Czarnogóra zawsze pozostawała u mnie gdzieś z tyłu podróżniczych planów. Stwierdziłam więc, że nie będę pchać się w niebezpieczne regiony (pod względem COVID-19), a postawię na państwo bezpieczne od pandemii. Jak bardzo się myliłam.

Władze Czarnogóry ogłosiły powrót do normalności, a ja nie miałam żadnych obaw przed podróżą. Coraz więcej osób zaczęło się ruszać za granicę, a perspektywa przebywania w kraju wolnym od wirusa napawała mnie optymizmem. Niestety, niedługo po zakupie przeze mnie biletów, w Czarnogórze znowu zaczęły pojawiać się pojedyncze przypadki zarażenia koronawirusem. Na 3 dni przed moim wylotem z Warszawy, dnia 23 lipca 2020 władze Czarnogóry podjęły decyzję o przywróceniu stanu epidemii. Sytuacja zmieniła się dynamicznie. Przywrócono obostrzenia, choć i to nie zniechęciło mnie przed wylotem.

Kiedy 26 lipca przyleciałam do Czarnogóry, od 3 dni wprowadzone były już nowe obostrzenia. Każdy musiał mieć założoną maseczkę na twarzy nie tylko w przestrzeniach zamkniętych, ale i na świeżym powietrzu (oprócz plaż i parków). Zakazano również zgromadzeń powyżej 40 osób w plenerze, a także wprowadzono na nowo dwumetrowy dystans społeczny. Zamknięto dyskoteki i kluby nocne. Zakazano organizowania wesel i podobnych uroczystości. Mimo, że pojawił się przyrost osób zakażonych, nie dawało się odczuć jakiejkolwiek paniki w kraju. Turystów było całkiem sporo, w tym mnóstwo naszych rodaków.

Miasto Tivat wydawało się bardzo spokojne. Wbrew spekulacjom, nie było opustoszałe. Na plaży dalej byli ludzie, choć nie w zatrważających ilościach, jak nad Bałtykiem. Mieszkańcy Czarnogóry bardzo poważnie potraktowali powrócenie koronawirusa. Nie było żadnej osoby, która nie nosiłaby maseczki na twarzy. Wydawało się, że mimo nawrotu COVID-19, spędzę tu piękne wakacje. Że bez tłumu turystów, w spokoju będę mogła napawać się pięknem Czarnogóry. Niestety, polski rząd trochę pokrzyżował mi plany.

Anulowanie rejsów z Polski do Czarnogóry

Zakaz bezpośrednich lotów do Czarnogóry

Bilet powrotny miałam wykupiony na 9 sierpnia, polską linią lotniczą LOT. 29 lipca otrzymałam jednak informację mailową, że zadecydowano o wstrzymaniu ruchu lotniczego między Polską, a Czarnogórą. W związku z tym, Polska odwołała wszystkie połączenia bezpośrednie do Czarnogóry, po 4 sierpnia. Byłam bardzo niezadowolona, bo do 4 sierpnia można było wrócić bez problemów. Jeżeli  jednak ktoś tak, jak ja, miał bilet powrotny kupiony po tej dacie, został on anulowany. W ramach tego, można było jednak skorzystać z sześciu rejsów specjalnych, które zaoferował LOT (30 lipca dwa rejsy, kolejne 1 sierpnia, 2 sierpnia, 3 sierpnia i 4 sierpnia).

Postanowiłam, że skorzystam z rejsu 2 sierpnia, bo było to jedyne dostępne połączenie między Warszawą a Tivat, w którym przebywałam. Niestety, otrzymałam telefon od konsultanta, że wszystkie bilety 2 sierpnia na trasie Warszawa-Tivat zostały wyprzedane. Musiałam zdecydować się na inne połączenie. Z tą różnicą, że reszta rejsów organizowana była ze stolicy Czarnogóry, Podgoricy. Postanowiłam przetransportować się więc do stolicy i wróciłam 1 sierpnia do Warszawy. Następnego dnia poleciałam na Zakynthos.

Czy to oznacza, że Polacy do Czarnogóry podróżować nie mogą?

Moje zdziwienie nie miało końca gdy dowiedziałam się, że Polska zablokowała jedynie bezpośrednie połączenia samolotowe z Czarnogórą. Polski rząd wstrzymał ruch lotniczy bez wcześniejszego ostrzeżenia. Wielu Polaków utknęło więc za granicą, a inni podobnie, jak ja, musieli dostosować się do terminów rejsów czarterowych. Wielu osobom przepadły wczasy, a nie posiadający biletów powrotnych PLL LOT musieli zapłacić kilkaset złotych za nowy bilet (dla posiadających powrotny bilet po 4 sierpnia, zmiana terminu była darmowa). Jednak, to nie wszystko.

Nie byłabym sfrustrowana całą sytuacją gdyby nie fakt, że Czarnogóra wcale nie zamknęła swoich granic. Co więcej, Polacy nadalmogą latać do Czarnogóry, jednak lotami… z przesiadką. Bez problemu można też odwiedzać Czarnogórę samochodem. Dlaczego więc zostawiono Polaków na lodzie? Otóż, decyzja o odwołaniu bezpośrednich lotów miała być skutkiem zwiększenia się liczby przypadków chorych na COVID-19 w Czarnogórze.

Tak więc, Polacy do Czarnogóry nadal mogą wjechać samochodem albo autokarem. Granica lądowa jest otwarta, więc nie ma najmniejszego problemu z podróżą do Czarnogóry. Czy jest to w porządku? Zwłaszcza, że w Czarnogórze nie ma tłumów takich, jak nad naszym polskim morzem? Grupy wczasowiczów w Polsce są o wiele większe, jak nad niemal pustą linią brzegową Czarnogóry. Zakaz bezpośrednich lotów do Czarnogóry przedłużono do 25 sierpnia. Od 1 sierpnia do dnia dzisiejszego, w Czarnogórze średni dobowy przyrost to 50-70 osób. Tymczasem, w Polsce jest to od 500 do ponad 700 osób każdego dnia.

Czy faktycznie więc w Czarnogórze było aż tak źle, by odwoływać bezpośrednie połączenia? A może powinniśmy jednak zacząć od własnego kraju i przywrócić restrykcje, by zmniejszyć zachorowania w Polsce?

Paulina Zambrzycka, autorka bloga BYLE DO WYLOTU

Czy ten artykuł był dla Ciebie pomocny?
Oceń
Dla 0,0% czytelników artykuł okazał się być pomocny